top of page

Z Lemem w odmętach sieci

  • 2 maj 2014
  • 4 minut(y) czytania

„Dopóki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów” - Stanisław Lem, podobno. Próbując dotrzeć do źródła cytatu, w pierwszej kolejności sięgam do sieci właśnie, licząc na to, że mimo wszystko nie samych idiotów znajdę w jej odmętach. Na forum poświęconym twórczości pisarza znajduję wątek z opisem żmudnych i zakończonych klęską prób odkrycia, gdzie miały paść takie słowa. Książki, wywiady, nawet osobisty sekretarz Lema nic nie wiedzą o takim zdaniu. A jednak cytat się przyjął. Internauci, pragnący chyba w ten sposób udowodnić, że sami idiotami nie są, powielają go w setkach tysięcy.


zdj._do_Z_Lemem_w_odmętach_sieci.jpg


Czy Lem mógłby coś takiego powiedzieć? Powstanie internetu przewidział jeszcze w latach 50-tych (m.in. we wspaniałej powieści sci-fi Obłok Magellana), podobnie jak wiele innych zjawisk technologicznych. Obserwując realizacje swoich wizji w rzeczywistości, analizował je wnikliwie i komentował, często krytycznie. Z drugiej strony - z siecią, tak jak z każdą technologią, „nie o to chodzi by ją potępiać lub chwalić, ale żeby zbadać, w jakiej mierze można ufać jej rozwojowi i w jakiej wpływać na jego kierunek”. To słowa z Summy technologiae, zbioru esejów wydanego jeszcze w latach 60-tych, wybiegającego jednak myślą w daleką przyszłość.


Summę czytam w tej dalekiej przyszłości właśnie, w roku 2015. W jednej ręce książka, a w drugiej smartfon. Smartfon po to, by lekturę przerywać sobie odszukiwaniem w Wikipedii lub Google znaczeń kolejnych, z mistrzowską lekkością wplatanych w Lemowe zdania, terminów i teorii naukowych przywoływanych przez niego wybitnych fizyków, matematyków, filozofów. Były więc oprócz znanego mi już z jego książek fabularnych sprzężenia zwrotnego, także i rzeczy takie jak homeostaza, nomotetyzm, idiografizm, ewolucja monofiletyczna i teoria Hoyle'a (panspermia), była tworzona przez samego Lema metateoria gradientów ewolucji technologicznej człowieka, i wiele, wiele innych rzeczy, które przy pierwszym spojrzeniu wydawały się niemożliwe do zrozumienia. Właśnie przez to, z przekory, próbowało się je zrozumieć. Wynotowywałam sobie niektóre, te co bardziej niezwykłe, jak choćby zbitka: nieustanna eksterminacja ekwiwalentem myśli planującej finalny uniwersalizm. Dopiero przez filtr tego co wyczytałam, co mi to mogło objaśnić – dopiero w ten sposób mogłam pojąć, że to wszystko było konieczne, że to jest esencja, tekst maksymalnie naładowany treścią. Tym wszystkim Lem nie posługuje się, żeby czytelnika przytłoczyć, ale dlatego, że inaczej się nie da – i tak właśnie jest dobrze. Czyta się wolno, ale to nie ma znaczenia. Jak to często bywa, jeden artykuł Wikipedii prowadzi do następnego, tamten znów zaciekawia nowym słówkiem które trzeba sprawdzić. Takie wędrowanie z Lemem jako przewodnikiem po odmętach sieci nie tylko pozwalało mi zrozumieć złożoność jego skondensowanych do granic możliwości myśli, ale jeszcze dowiedzieć się znacznie więcej niż z samej treści książki.


Była więc dla mnie Summa punktem wyjścia do rozważań nad złożonością teorii ewolucji, wielością hipotez na temat początków i ewentualnego końca wszechrzeczy. Rozważań nad moralnością technologii, istotą religii, wszechświatem, który stara się człowiek zrozumieć od najdrobniejszych jego cząstek do granic, które mieć może lub których może nie mieć. I to wszystko już w pierwszym rozdziale, na kilkudziesięciu stronach! Lem mówi do nas w Summie w sposób uniwersalny, stawia pytania, na które dziś także szukamy odpowiedzi. Podsuwa myśli zebrane u wielkich, przefiltrowane przez własne widzenie świata.


Czego może się od Lema nauczyć młody reporter, humanista? Przede wszystkim – jeśli tego w ogóle można się nauczyć – nigdy niezaspokojonej ciekawości świata i potrzeby zrozumienia go, cechy tak istotnej u reportera, przywoływanej nieustannie w rozmowach z wielkimi przedstawicielami tego zawodu. A jednocześnie cechy pierwotnie ludzkiej. „Człowiek, stworzenie którego niepraktyczność dorównuje czasem tylko jego ciekawości, pierwej zainteresował się kwestią policzenia gwiazd i budowy Kosmosu aniżeli teorią uprawy roli i działania własnego ciała” (znów Summa). Ta ciekawość, nawet jeśli czasem zdaje się niedorzeczna, świadczy o naszym człowieczeństwie. Krytyczne myślenie, zawziętość w dążeniu do odkrycia prawdy o tym co było, co nastąpi, niedowierzanie mitom, myślenie analityczne, rzeczowe, które doprowadzać ma do istotnych wniosków. W Głosie Pana, powieści fantastycznonaukowej z 1968 roku, Lem przypatruje się sposobowi myślenia naukowców, temu jak bardzo krytyczni muszą być wobec badanego materiału. Oni stawiają czoła próbie zrozumienia przekazu otrzymanego od pozaziemskiej cywilizacji – zderzają się z tajemnicą, którą muszą rozwiązać, zrozumieć. Reporterzy próbują poznać i zrozumieć tajemnice swoich rozmówców. I jedno i drugie tak naprawdę, z pokorą przyznać trzeba, zdaje się nie być w pełni możliwe, a jednak próbuje się wytrwale, trzeba próbować.


Czy jesteśmy we wszechświecie sami? Czy światem rządzi ład, czy przypadek? Kto powoduje kim – technologia nami czy też my nią? Czy istnieje inny, pozatechnologiczny kierunek rozwoju cywilizacji? Lem wysuwa pewne hipotezy, opierając się na założeniach przyjętych przez współczesną mu naukę. Zdaje sobie sprawę, że nauka ta może zmienić się dramatycznie, z dnia na dzień nawet, toteż swoją rolę podejmuje z pokorą i skromnością, nieśmiało. „Czy rozprawiać o przyszłych różach nie jest zajęciem co najmniej niestosownym dla zagubionego w łatwopalnych lasach współczesności?” - pyta sam siebie we wstępie Summy i zaraz też odpowiada, we właściwy sobie sposób: „Biorąc się do pisania o jutrze robię po prostu to co umiem, mniejsza nawet o to jak dobrze umiem, skoro jest to moja umiejętność jedyna.” Skromność to zupełnie niepotrzebna.

 
 
 

Komentarze


bottom of page