Złożony ze słów
- 17 lip 2015
- 4 minut(y) czytania
Całe życie wydawało mi się, że jestem złożony ze słów. Zawsze starałem się je uchwycić i zatrzymać w przestrzeni pisma. Samolubnie chciałem mieć je na własność. Zbierałem je i skrupulatnie tworzyłem nimi świat wokół siebie. Czasem przestawał być prawdą, a zostawał czymś w rodzaju wyobrażenia, które nosiłem w sobie. W końcu zdałem sobie sprawę, że na moją tożsamość składają się historie ludzi. W każdej osobie dostrzegałem opowieść wartą utrwalenia. Zanim zacząłem obserwować nauczyłem się słuchać. Irytowały mnie zbyt małe pokłady pamięci, bo tylko ona mogła zapisać to co ulotne, lecz najważniejsze. Ludzie rozmawiali wtedy więcej i spotykali się częściej. Na szczęście kaszubskim zwyczajem siedzieli w kuchni, w której ściany wsiąkały opowieści różnych pokoleń. Schowany za piecem słuchałem plotek, rozmów o wojnie i komunie. Ciepło słów i ognia zmuszały mnie do spania i do końca nie mogę wybaczyć swojej fizyczności tego, że nie poznałem wielu puent historii, do których zakończania musiałem wymyślać sam. Dlatego lubię powtarzać za Andrzejem Stasiukiem: „Żeby ocaleć, czasami piję, a czasami porównuję. Wielu rzeczy nie pamiętam i muszę je wymyślać od nowa.”

Był taki moment w moim życiu, kiedy zacząłem zadawać pytania. Regularnie uzupełniałem braki w wiedzy o przeżyciach ludzi sączących wódkę z musztardówek postawionych na biało czerwonej ceracie. W kaszubskiej kuchni była popielniczka, a wysypujące się z niej niedopałki oznaczały liczbę zdań, które zostały raz na zawsze zgaszone, kiedy ogarniał mnie sen. Kolekcjonowanie historii stało się dla mnie źródłem inspiracji. Wydawało mi się, że ich nieuchwytność ulatująca z papierosowym dymem potrzebowała strażnika, którym samozwańczo się ogłosiłem. Zapisywałem wszystko w starym śpiewniku dziadka. Był skórzany i związany sznurkiem po jednej stronie. Zmazywałem ołówkowe teksty piosenek, a białe strony zapisywałem od nowa. Wydawało mi się, że zeszyt starszy od mojego ojca powinien być ostoją dla fragmentów ludzkich życiorysów utrwalonych słabym piórem nastolatka. Dla mnie ta grafomania była na tyle ważna, że z brzegu zeszytu wywierciłem dziurę wiertarką, a notatnik zamknąłem na kłódkę.
Zakluczyłem więc historie, jakbym mógł stać się ich właścicielem. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że dopiero dzielenie się nimi nadaje im sens, a mnie kształtuje jako kronikarza nastoletnich problemów, wiejskich plotek i opowieści szytych gęstymi nićmi, podobnymi do tych z kaszubskiego haftu. Zadawałem dużo pytań, choć często nie rozumiałem odpowiedzi. Szukałem ich w książkach. W pokaźnej bibliotece rodziców znalazłem przystań zrozumienia. Czytanie stało się dla mnie początkiem podróży. Włóczyłem się razem z bohaterami powieści i poznawałem światy, jednocześnie zapamiętując sposoby ich przedstawienia, oraz poznając różne typy narracji. Przeczytałem gdzieś, że podróżować znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie. Nienawidziłem szkolnych lektur. Bojkotowałem je choć nie miałem do tego prawa. Nie wiem czy wiele na tym straciłem. Ale przynajmniej miałem czas, żeby zamiast Małgorzaty Musierowicz czytać Witkacego, albo Myśliwskiego. Szkoła zabijała piękno literatury, więc szukałem własnej drogi dostrzeżenia jej najpiękniejszej formy. Reportaż odkryłem dzięki Wańkowiczowi. Sięgnąłem po „Na tropach smętka”, bo okładka tej książki, była opatrzona autografem autora. Zachwyciłem się takim pisaniem. Odkrywałem je, nie wiedząc, że zostałem oszukany, a podpis był podrobiony. Kiedy na horyzoncie pojawił się Kapuściński, byłem już stracony. Jego reportaże czytałem jak powieści, ale podchodziłem do nich z większym szacunkiem. Sam nie wiem czemu. Może to wpływ pewnej wiejskiej polonistki, która do dziś jest dla mnie autorytetem w wielu sprawach. To ona pokazała mi szlachetność tego gatunku i podsuwała kolejnych autorów: Kischa, Szczygła, Domosławskiego, Stasiuka, Krall.
W liceum zostałem szkolnym reportażystą gazetki o zacnej nazwie DZIK. Wkrótce mianowano mnie na naczelnego tego periodyku. Nie miałem problemu z wyborem studiów. Tak samo było z pracą, to ona wybrała mnie. Musiałem się dużo uczyć, napisać tysiąc zdań, przeczytać setki innych, żeby napisać jedno dobre. I tak zacząłem tworzyć reportaże na poważnie. Tydzień w tydzień zapełniałem dziesięć tysięcy znaków w kolumnie regionalnego tygodnika. Byłem w redakcji najmłodszy. Ku mojemu zaskoczeniu, nikt z mojego pisania nie szydził, jedynie szlifował niedociągnięcia i poprawiał językowe potknięcia. Czułem się doceniany. Najpierw przez nauczycieli, potem wykładowców, w końcu czytelników, a potem znanych dziennikarzy, którzy byli moimi autorytetami. Wypisałem sobie parę nagród, trochę pieniędzy i lęk o to, że kiedyś przestanę wierzyć w siebie.
Bywa, że kartka jest pusta. Wtedy muszę wyruszyć w drogę. Nie interesują mnie granice mojego kraju. One tkwią we mnie i towarzyszą mi w podróży. Lubię stwierdzenie Nicolasa Bouviera, że „Nie po to się wyrusza w drogę, żeby nałykać się egzotyki i błyszczeć anegdotami jak choinka. Droga jest po to, żeby nas oskubać, wymaglować, aż będziemy jak stary sprany ręcznik, który podają nam z kawałkiem mydła w burdelach.” Tak samo jak ręcznik staram się wyżąć każdą podróż na papier. Przepisać jej bohaterów i ich losy. Jednak zazwyczaj podróżuję skromnie. W miejsca nieodległe, choć jeszcze niezasłyszane, albo niespisane. Staram się je uwiecznić pamiętając o słowach Kapuścińskiego, który pisał w Lapidariach: „O każdej drodze lubię myśleć, że jest ona drogą bez końca, że biegnie dookoła świata. A wzięło się to stąd, że z mojego Pińska można było dotrzeć łódką do wszystkich oceanów. Wyruszając z małego, drewnianego Pińska można opłynąć cały świat.” – Czasem mam wrażenie, że w trakcie pisania okrążam świat ze swojego Pińska, z ręki piszącej po papierze, czy palców stukających w klawiaturę.


























Komentarze