Na początku każdy chce być Kapuścińskim
- 28 kwi 2015
- 7 minut(y) czytania
Poważnie uzależniony od kawy, reportażu, gitary, teatru, satyry, podróży i zapachu farby drukarskiej”. Tak pisał, sam o sobie, osiem lat temu w Workshopie. Dziś jest reporterem "Dużego Formatu". Rozmowa z Grzegorzem Szymanikiem o studiach dziennikarskich, tworzeniu studenckiej gazety i dorastaniu do pisania reportaży.

zdęcie: Julia Wizowska
Katarzyna Osiadło: Jest pan absolwentem dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Czego nauczył się pan na studiach?
Grzegorz Szymanik: Na samym dziennikarstwie nauczyłem się niewiele – wkuwaliśmy na pamięć nakłady polskich gazet, adresy redakcji, czyli uczyliśmy się rzeczy, które nigdy się dziennikarzowi nie przydadzą. Na czwartym roku wybrałem jednak specjalizację prowadzoną przez Laboratorium Reportażu i to była duża jakościowa zmiana, w porównaniu do zajęć na ogólnym dziennikarstwie. W Laboratorium uczyliśmy się takich rzeczy jak budowanie scenariusza, czy dobór zdjęć do tekstów w ramach fotoedycji. Dzięki takim zajęciom uczyłem się kreatywnego spojrzenia na materiał dziennikarski. A podsumowaniem tej wiedzy była praca w redakcji Workshopu.
Czego się pan w niej nauczył?
Uczyliśmy się tego, jak powstaje gazeta i jak funkcjonuje redakcja. To wyobrażenie brutalnie zderzyło się później z rzeczywistością, ale nie o to chodzi. Ważny był ferment tworzenia gazety, próba działania w takim kolektywie, jakim jest redakcja. Workshop był też doskonałym miejscem do rozwoju, bo pozwalał na eksperymenty. Nie było nad nami żadnego ostrego redaktora, który wywalałby połowę tekstu do kosza. Wiedziałem, że nikt mnie nie pogoni za to, o czym i jak napiszę. A to ważne, żeby móc szukać własnego stylu, bo każdy reporter na początku chce być Kapuścińskim. Niestety, można wtedy wpaść w pułapkę naśladowania stylu, tematów, a nawet światopoglądu. Kapuściński miał genialne obserwacje dotyczące rzeczy pozornie banalnych - pisał na przykład o tym, czym jest cisza przed wojną. Tyle, że do tego potrzeba bardzo dużo doświadczenia, trzeba wiele przeżyć i wiele przejechać, żeby wpaść na coś takiego. W przeciwnym razie, taki młody reporter, w każdej swojej obserwacji doszukuje się metafizyki, której tam po prostu nie ma.
Hanna Krall powiedziała kiedyś, że swoje pierwsze reportaże czyta z zaskoczeniem i zażenowaniem. Ma pan podobnie?
Oczywiście! Jestem zażenowany, zwłaszcza moim debiutem na łamach Workshopu zatytułowanym „Wyspa Zielonych”, bo to w ogóle nie jest reportaż. Jak słusznie zauważył recenzent tego tekstu, jest to bardziej strumień świadomości. Dzisiaj styl pisania nie jest dla mnie tak ważny jak to, o czym się mówi w tekście. Wtedy było odwrotnie. Myślałem, że przede wszystkim styl musi być piękny i że można polać trochę wodę, jeśli będzie się to dobrze czytało. To było po prostu efekciarstwo.
Recenzent nie omieszkał tego panu wytknąć: Rażą puste w gruncie rzeczy sformułowania w rodzaju „miałbyś szansę poczuć wyjątkową magię”, czy też kokieteryjnie brzmiące wtrącenia typu „i wydawać by się mogło, że stać cię na cud”. To chyba niepotrzebne „ozdobniki” – psują narrację i styl.
I dzisiaj się z nim zgadzam. Dobry tekst musi przede wszystkim mówić o czymś ważnym, sprawiać, że po jego przeczytaniu czytelnik coś zrozumiał albo się nad czymś zastanowił. Wszelkie stylistyczne ozdobniki nie mogą więc przykrywać treści, ale jej służyć. Należy posługiwać się nimi, by skuteczniej dotrzeć do czytelnika, żeby on lepiej poczuł to, o czym chcemy mu opowiedzieć.
Tym kierował się pan pisząc reportaż historyczny o Karolu Levittoux, polskim działaczu niepodległościowym, który popełnił samobójstwo podpalając swoje więzienne posłanie?
Wszystkie fakty, o których mowa w tym reportażu, są prawdziwe, można je zweryfikować. Tylko skąd miałbym wiedzieć, co Karol Levittoux czuł wtedy, gdy się podpalał? Część tekstu jest więc fabularyzowaną wersja tego, co mógł sobie wtedy myśleć. Uznałem jednak, że nie mogę sobie tak po prostu zmyślać, więc, aby wiarygodnie opisać tę historię, muszę wiedzieć, co dzieje się z ciałem człowieka, który się pali. Rozmawiałem więc z lekarzami, którzy zajmują się leczeniem oparzeń. Stąd fragmenty o tym, że „pękają przegrody w płucach rozsadzone przez dym, płuca zalewa krew, a mięśnie pod skórą stają się szaroróżowe”.
W reportażu o Iranie cytaty z irańskiej poezji nie są więc przypadkowe?
A o czym pani zdaniem jest ten tekst?
O pana fascynacji inną kulturą, religią, o tym, że Iran jest w rzeczywistości inny niż przedstawia się go w mediach.
I to właśnie nie powinno być tematem reportażu. Wtedy byłem zszokowany tym, że Iran z bliska wygląda inaczej niż jest przedstawiany w mediach, ale to jest tak naprawdę oczywistość. To jest normalne, że nasze wyobrażenie o jakimś egzotycznym miejscu, czy nawet o ludziach z jakichś skrajnych organizacji, zawsze rozmija się z rzeczywistością.
A co z reporterską ciekawością świata?
Reporter musi się nieustannie dziwić i pytać, ale to zadziwienie światem nie może być tematem na reportaż. Ono jest metodą działania, a nie tematem tekstu. Chodzi na przykład o sposób zbierania materiału, zadawania pytań. Podstawą reportażu jest pójście pod prąd, stawianie takich pytań, które wcześniej nie padły, które zadajemy w imieniu takiego naszego wewnętrznego dziecka. Lepiej więc podarować sobie pytania wydumane. I pytać tak, jak mogłoby to zrobić zaciekawione dziecko.
Dlatego pytał pan swojego irańskiego rozmówcę, o czym śpiewa muezzin?
To nie był mój rozmówca w reporterskim rozumieniu tego słowa, ale przypadkowo napotkana osoba. I z tego też względu ten tekst trudno nazwać reportażem. W ogóle wszystkie teksty, które opublikowałem w Workshopie powinno się nazwać pseudoreportażami. Praktycznie żaden z nich nie był zaplanowany i przygotowany – ja po prostu podróżowałem po świecie i rozmawiałem z przypadkowo napotkanymi ludźmi. Dzisiaj już bym nie napisał takiego reportażu. Muszę najpierw wiedzieć, o czym chcę napisać, a dopiero potem jechać i szukać konkretnych ludzi, z którymi mogę o tym porozmawiać. Co prawda często przypadkiem spotyka się najciekawszych bohaterów, ale to jest już zupełnie inna historia.
Czy to znaczy, że niedobrze jest pisać reportaże ze swoich podróżniczych przygód?
Wręcz przeciwnie. Myślę, że to naturalna droga dla każdego reportera. Taka jest kolej rzeczy: najpierw bawimy się, studiujemy, podróżujemy, a przy okazji uczymy się obserwować rzeczywistość okiem reportera. Kogoś ciekawskiego, dociekliwego, kto chce spojrzeć na zasłonę wydarzeń, a nie tylko powielać stereotypy, jak w większości robią to dziennikarze i publicyści. Myślę, że warto opanować najpierw taki sposób pisania, zanim przejdziemy do tematów bardziej ważkich i bardzo się cieszę, że w moim przypadku tak to się właśnie potoczyło. Wszystko, co umiem dzisiaj, wynika z tego, że powoli sobie tę drogę przeszedłem, do niczego mi się nie spieszyło.
W 2008 roku, jeszcze będąc na studiach trafił Pan do redakcji "Gazety Stołecznej" . Czym różniła się praca w Workshopie od pracy w profesjonalnej redakcji?
W profesjonalnej redakcji inaczej się podchodzi choćby do wyboru tematu. W "Dużym Formacie" nie wystarczy rozmowa ze znanym pisarzem. To, że pisarz jest znany, jest dopiero punktem wyjścia. Rozmowa musi być bardzo dobra, żeby została opublikowana, czytelnik musi się z niej dowiedzieć czegoś zupełnie nowego. Nagle okazuje się też, że aby zostać reporterem, nie wystarczy tylko składać piękne zdania, ale trzeba umieć też pisać po dziennikarsku – konkretnie i na temat, bo każdy reporter musi być też dziennikarzem. A dziennikarstwa nauczyli mnie właśnie w Stołecznej.
Po reportażach z egzotycznych podróży przyszedł czas na pisanie o dziurach w jezdni.
Niestety, taka jest rola praktykantów w redakcjach. Miałem jednak to szczęście, że nie byłem ograniczany, mogłem dalej bawić się słowem, formą, podejściem do tematu. Kiedyś miałem napisać tekst o tym, co ludzie kupują przed świętami i zrobiłem to w formie listu do św. Mikołaja. Bawiłem się więc formą pisząc o konkrecie, jak prawdziwy reporter.
Jak trafił pan do "Dużego Formatu"?
Chciałem pisać o konfliktach i rewolucjach, ale zdawałem sobie sprawę, że młodego stażysty nikt nie wyśle za granicę, by zrobił tam reportaż. Dlatego za własne pieniądze wyjeżdżałem na Białoruś, do Syrii albo do obozów libijskich uchodźców w Tunezji. Tam robiłem materiał, który po powrocie próbowałem gdzieś opublikować. Parę takich tekstów spodobało się redaktorom "Dużego Formatu". Gdybym nie przejął inicjatywy, pewnie nikt by się nie dowiedział, że nieźle piszę na takie tematy i nie zaprosiłby mnie do współpracy.
A co jest dla pana tematem?
Fascynują mnie rewolucje, lubię pisać o ludziach walczących o swoje, buntujących się w sytuacjach ekstremalnych. Nie chodzi mi więc o uczestnika pikiety pod Pałacem Kultury, ale o człowieka, który idzie na barykadę i który jest tak zdeterminowany, że nawet jak zaczną strzelać, to on z niej nie zejdzie. Uwielbiam też pisać o wszelkich radykałach, zwłaszcza o tych, których nie rozumiem.
Dlaczego?
Bo przez samą próbę zrozumienia ich punktu widzenia powstaje całkiem niezły tekst. Kiedy dziennikarz rozmawia z jakimś radykałem to zadaje mu ostre pytania, które mają zmusić rozmówcę do wytłumaczenia się ze swoich poglądów. A reporter będzie pytał tak, żeby spróbować go zrozumieć. I to jest ta zasadnicza różnica. Bycie reporterem to ciągłe zastanawianie się nad absurdami świata, dążenie do zrozumienia dlaczego coś funkcjonuje tak, a nie inaczej. Weźmy ostatni zamach na redakcję Charlie Hebdo w Paryżu - dla reportera najważniejsza byłoby próba odpowiedzenia na pytanie dlaczego oni to zrobili, a nie tylko opisanie co się wtedy wydarzyło.
A co z reporterską bezkompromisowością?
Reporter powinien mieć przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, zwłaszcza do kogoś, z kim osobiście się nie zgadza. Jeśli zacznie go atakować pytaniami, to nic z niego nie wyciągnie, on po prostu niczego nie będzie chciał opowiedzieć. Nie jestem typem dziennikarza bezczelnego. Nie zadaję krępujących pytań, wiedząc, że rozmówca nie będzie chciał na nie odpowiedzieć i robiąc to tylko po to, żeby przez chwilę pomilczał czy się rozpłakał. Nie lubię takich rzeczy robić, bo to mnie samego wprowadza w zażenowanie.
Podczas zbierania materiału pracuje pan z notatnikiem czy dyktafonem?
Wyciągam dyktafon wtedy, kiedy wiem, że rozmowa potrwa dłużej niż 15 minut, bo do takiego czasu jestem w stanie dobrze zapamiętać dialogi i rytm zdań. Z dyktafonu korzystam również wtedy, kiedy idę na manifestację i chcę nagrać jakieś przemówienie. Nagrania przesłuchuję potem w całości, przepisując je na komputer. Pomijam tylko fragmenty, o których wiem na pewno, że mi się nie przydadzą. Potem pracuję nad tym tekstem - skracam, czasem z dziesięciu zdań robię jedno, innym razem cytuję wszystkie dziesięć zdań w oryginale. Wszystko zależy od sytuacji.
Jakie rady miałby Pan dla początkujących reporterów?
Trzeba się przede wszystkim zastanowić, czy w ogóle chce się zostać reporterem. Nikt nam nie zagwarantuje sławy, pieniędzy, nagród i książek wydawanych w największych wydawnictwach. Prasa nie ma się najlepiej, brakuje pieniędzy na reportaż, na początku trzeba wręcz dokładać do interesu. Trzeba więc odpowiedzieć sobie na pytanie: czy naprawdę rajcuje nas rozmowa z drugim człowiekiem, próba zrozumienia go. Czy fascynuje nas opisywanie otaczającej nas rzeczywistości i jest w nas chęć zmienienia jej dzięki naszemu pisaniu. Jeśli tak, to trzeba mocno zacisnąć zęby, próbować pisać i się nie poddawać. Ale pisać dobrze, o rzeczach ważnych i prawdziwie, bez ściemniania. Słuchać autorytetów, ale nie traktować ich rad jak świętości.
Miał pan momenty zwątpienia?
Parę lat temu mocno się zastanawiałem się, czy być dalej reporterem, czy w ogóle być dziennikarzem. Pracowałem w Stołecznej jako współpracownik redakcji, kiepsko stałem finansowo, a reporterskie wyjazdy za własne pieniądze nie pomagały w łataniu budżetu. Mimo wszystko pojechałem wtedy do Syrii, gdzie, razem z fotoreporterką Agatę Grzybowską, zrobiliśmy na tyle dobry materiał, że opublikowała go "Gazeta Wyborcza", a do tego jeszcze zwróciła nam koszty tej podróży. Udało mi się wtedy opublikować w DF-ie jeszcze kilka innych tekstów. Wreszcie dostałem nagrodę PAP-u im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż z Białorusi i nagle dostałem takiego pozytywnego kopa do działania, że stwierdziłem, ze warto dalej to robić. Krótko potem w "Dużym Formacie" nastąpiły spore zmiany, chcieli zatrudnić parę nowych osób… i tak zostałem reporterem na cały etat.


























Komentarze