top of page

Adam, Adam, nie jedz tego jabłka

  • 17 lip 2015
  • 9 minut(y) czytania

Ta choroba wyniszcza nie tylko ciało. Psychikę też. Dotyczy głównie dziewczyn, które usilnie dążą do wyimaginowanego ideału kreowanego przez domy mody i telewizję. Dotyka to również mężczyzn. Oni rzadziej zgłaszają się z tym problemem do lekarza, dlatego mniej o nich słyszymy. Miłosza poznałam na urodzinach naszej wspólnej koleżanki. Przyjechał z chłopakiem.

Zawsze miałem pretensje do życia o to, że rodziców nie można wybrać. Miałem pretensje, że nie potrafili mi zapewnić niektórych rzeczy i nie chodzi mi tu o rzeczy materialne. Matka chodziła wiecznie do pracy. Starała się jak mogła, ale moim zdaniem można było postarać się lepiej. Ojca praktycznie nie było. Nie chodzi o to, że pływał na statku. Jak wracał do domu na kilka miesięcy to tego nie nadrabiał. Nie chciał nadrabiać. Teraz z matką mam słaby kontakt. Jeśli chodzi o braci to rozmawiam tylko z Michałem. Kilka razy mnie odwiedził we Wrocławiu. Z Pawłem nie mam żadnego kontaktu i nie chcę go mieć. Od niego i od ojca najłatwiej było mi się odsunąć.

Nigdy nie mieliśmy bliskiej relacji. Nie jest mi szkoda, bo wiem jacy oni są. Zawsze się wykazywali zaściankowym, małomiasteczkowym myśleniem. Nigdy nie akceptowali moich wyborów życiowych. Do tej pory nie odpowiada im co robię – że mam kolczyk w nosie, że mam dwa koty, że mieszkam w mieszkaniu, a nie w akademiku. Jak pracowałem było im źle, że pracuję, a jak rzuciłem było źle, że nie pracuję. Ciągle im źle. Myślę, że to jest najlepsze rozwiązanie. Nie muszę się z nimi męczyć. Nie przyznaję się ludziom skąd jestem. Mówię, że z Wrocławia i nie drążę tematu.

Ona

Zawsze uważałem że do porządnej dyskusji potrzebna jest jedna osoba i ja sobie w zupełności wystarczam. Czułem się dobrze sam w swoim towarzystwie. Dopóki nie pojawiła się Ona. Nie byłem już sam. Kumplować zaczęliśmy się po pierwszej klasie. Pod koniec maja zacząłem swoją kurację odchudzającą. Ona już wtedy miała problemy z odżywianiem. Od tej pory widywaliśmy się bardzo często. Połączyło nas jedzenie, a choroba zespoliła. Chodziliśmy razem do psychiatry.

Do pierwszego psychiatry zaciągnęła mnie matka, bo byłem za chudy, ważyłem może 52 kilogramy. Strasznie szybko chudłem, bo miałem bardzo restrykcyjną dietę. Dziennie jadłem 300 kalorii. Starałem się to podzielić na dwa posiłki na dzień, czyli np. jadłem pół małego jogurtu. Nigdy nie jadłem nic w całości, bo to mnie obrzydzało. Nagle zacząłem mocno chudnąć, zaczęły mi wystawać kości, rozstępy zaczęły wychodzić na udach. Lekarz był beznadziejny. Nigdy nie pytał jak ja się z tym wszystkim czuję. Dla niego ważne było tylko, żebym przytył. Przepisał mi leki dla schizofreników, ja je dostawałem tylko dlatego, że skutkiem ubocznym był wzmożony apetyt. Od nich szybko przytyłem, waga mi wróciła, rozstępy zrobiły się coraz większe. Zacząłem oszukiwać z lekami. Matka mi je dawała – ja je wypluwałem.

Ona nauczyła mnie wymiotować. Wymiotowałem regularnie do pięciu razy dziennie. Potrafiłem iść do sklepu, kupić całą reklamówkę jedzenia i już po drodze wszystko wyżerać z opakowań. Jadłem i wymiotowałem. Tak w kółko. Potem jeszcze dla bezpieczeństwa brałem leki przeczyszczające. Jak przyznałem się, że wypluwam tabletki, mama załatwiła numer do pani doktor z większego miasta. Jeździłem tam często. Te wizyty uratowały mi życie. Pamiętam, że w czasie, kiedy jeździłem do psychiatry nasza przyjaźń mocniej się zawiązała. Staraliśmy się razem odżywiać. Razem gotowaliśmy, razem jedliśmy i próbowaliśmy nawzajem siebie pilnować. To była toksyczna relacja. Była energetycznym wampirem.

Nasz wspólny czas trwał od połowy sierpnia do końca października. Było krótko, ale bardzo intensywnie. Równie dobrze można by tę siłę rozłożyć na kilka lat. Ona bardzo szybko przeniknęła do mojego życia i trwała tak aż do mojego zamknięcia w szpitalu.

Szpital

Wyszedłem 23 grudnia. Miałem rozpisaną terapię na sześć miesięcy, czyli powinienem siedzieć jeszcze cztery, ale matka mnie stamtąd zabrała. Wiedziałem, że jak wyjdę to nadal będę się odchudzał. Wiedziałem też, że nie jestem w stanie wyciągnąć więcej z tego pobytu w szpitalu. Lekarze mi to odradzali, bo wszystkie terapie miałem pozaczynane: indywidualne, grupowe, „psychorysunki”. Wiedzieli, że zbliżają się święta, więc będzie dużo jedzenia. W Wigilię jeszcze wymiotowałem, później przestałem na kilka miesięcy. Od tego czasu zdarza mi się to sporadycznie. Zwracałem częściej jeszcze w liceum i na pierwszym roku studiów, kiedy ktoś krytycznie odnosił się do mojego wyglądu. Wtedy zwracałem automatycznie.

Pokoje w szpitalu były różne – dwójki, trójki, czwórki, szóstki. Na początku trafiłem do największej sali. Szczytem awansu było trafienie do sali, na którą mówiliśmy „Tapczany”, bo tam nie było łóżek szpitalnych tylko były normalne wersalki. Największym awansem był „Mariot” – jedyny pokój z tapczanem i osobistą ubikacją. Ja od początku byłem skreślony i nie mogłem tam trafić, bo wymiotowałem. Na tapczany też nigdy mnie nie przenieśli, a większość pobytu spędziłem w izolatce. Jak musieli mieć wzmożoną kontrolę to kładli mnie na korytarzu. Zamiast tyć - chudłem. To ich zaczęło zastanawiać. Było to też spowodowane stresem.

Posiłki spożywaliśmy na stołówce, w dużej grupie. Osoby z zaburzeniami odżywiania miały osobny ciąg stołów ułożonych w podkowę. Jedna pielęgniarka pilnowała całej stołówki, a druga siedziała z nami przy stole i patrzyła co robimy z tym jedzeniem. Wiedzieliśmy co zrobić, żeby jedzenie znikało z talerza, a nie trafiało do żołądka. Chowaliśmy jedzenie do majtek, pod koszulki, wcieraliśmy we włosy, pod paznokcie, do uszu. Jak skończyła się pora na jedzenie, musieliśmy pokazywać pielęgniarce puste talerze. Jak zostało pół ziemniaka, to mogłeś to oddać, ale wszystko zapisywali. Jak na talerzu zostawało więcej, to kazali to jeść, a jak nie jadłeś, to robili ci sondę.

Nowi przyjaciele?

Znali Ją bardzo dobrze z moich opowieści. Ja Jej wtedy nie darzyłem sympatią, bo się pokłóciliśmy jak się dowiedziałem, że idę do szpitala. Bałem się całej tej sytuacji.

Jak wszedłem na oddział to zobaczyłem korytarz z mnóstwem pokoi, a tam dużo dziwnych ludzi. Pierwszą osobą do której się odezwałem była Marta, która cierpiała na schizofrenię. Miała na sobie dwie pary spodni i dziwny uśmiech na twarzy, podeszła do mnie i zapytała, czy mogę jej zapiąć te spodnie. Pomogłem jej, a ona dotknęła mojej twarzy i powiedziała: Adam, Adam nie jedz tego jabłka. I poszła. Byłem przerażony. Trafiłem do największego pokoju. Miałem łóżko pod ścianą. Obok leżał chłopak z psychozą, a naprzeciwko mnie chłopak ze schizofrenią. Podszedł do mnie pierwszego dnia i powiedział: Wiesz, ja mam schizofrenię i nawet jak ci coś zrobię to mi nic nie zrobią. Osobą, z którą się zaprzyjaźniłem bliżej była Agnieszka, która chorowała na bulimię. Ona przyszła, usiadła na łóżku i zaczęła mnie głaskać po głowie. Powiedziała, że wszystko się ułoży i że jeszcze będę płakał jak będę musiał stąd wychodzić.

Pamiętam, że jak wychodziłem ze szpitala to strasznie ryczałem. Cieszyłem się, bo chciałem już robić co mi się podoba, a z drugiej strony byłem bardzo przywiązany do ludzi, do tego trybu życia. Bałem się skonfrontować z rzeczywistością. Bałem się też swojej nieprzewidywalności, nie wiedziałem co zrobię po wyjściu. Zostałem zostawiony sam sobie. Już nie miałem pielęgniarki która by nade mną wisiała, nie miałem nikogo kto by mi wkładał te leki na siłę do buzi. Myślałem, że nadal będę się odchudzał, ale też że znajdę psychologa i skończę swoją terapię. To była moja motywacja na początku, później gdzieś uleciała. Pod względem posiłków ciężko mi było to wszystko unormować, bo albo się objadałem, albo nie jadłem nic przez kilka dni.

Przed szpitalem byłem w stanie wyprzedzić swój ruch. Po dwóch miesiącach w szpitalu nie wiedziałem do czego jestem zdolny. Kiedy człowiekowi zabiera się podstawową rzecz – wolność – przestaje żyć w sposób cywilizowany. Ciężko się zachować jak człowiek, jak nawet nie możesz sobie otworzyć okna, bo nie masz w nim klamki, albo jak zawijają cię w kaftan bezpieczeństwa - przykuwają do łóżka i każą tak leżeć przez 24 godziny z pampersem na dupie. Jak raz zakładali mi pasy, strasznie się wyrywałem i krzyczałem. Miałem poranioną rękę, byłem cały we krwi i nie mogłem się uspokoić. Trzymało mnie dwóch facetów i nie dawali rady mnie zapiąć w ten kaftan. Wtedy przybiegła pielęgniarka z wielką strzykawką i perfidnie wbiła mi ją w udo.

Zaakceptuj mnie

Myślę, że trochę chciałem zwrócić na siebie uwagę, ale nie w szkole i nie wśród rówieśników. Chodziło o rodziców, którzy nie myśleli o tym, żeby mi się poprawiło, żebym ja był zdrowy, tylko o tym co ludzie powiedzą. Dlatego matka na początku nie chciała mnie puścić do szpitala. Gdyby tego nie zrobiła lekarz musiałby wystąpić na drogę sądową. Pamiętam, że wtedy powiedziała: Ale od nas z rodziny nikt nigdy nie był w takim szpitalu. Całe życie zwracali mi uwagę, na to jak wyglądam. Jadłem ciasto, a ojciec potrafił do mnie podejść, wyrwać mi to ciasto z ręki i powiedzieć, że nie będę jadł, bo jestem gruby.

Kiedy w szpitalu próbowałem się zabić pod prysznicem i gdy traciłem świadomość – poczułem spokój, że nie będę już musiał z tym wszystkim walczyć, z tym jedzeniem, z rodzicami. Byłem bardzo spokojny. Nie bałem się, że coś się stanie, że zostanę kaleką, że ktoś mnie znajdzie. Tylko cieszyłem się, że nie będę już musiał myśleć o tym, że muszę siebie zaakceptować.

Bardzo dużo mi dał szpital. Zacząłem dostrzegać drugie dno każdej sytuacji. Nauczyłem się też pokory wobec własnego życia. Jak wychodziłem ze szpitala to myślałem, że już wszystko się ułoży, że o wszystkim zapomnę, ale to nie było takie proste. Nie ma dnia, żebym nie myślał o wszystkim co tam się zdarzyło, o tych ludziach. To jest rana, której nie będę w stanie zagoić. Poza tym rozstępy i blizny przypominają mi o sobie codziennie rano.

Mam gdzieś czy komuś przeszkadza to w jaki sposób się zachowuję. Bardziej ruszają mnie uwagi na temat mojego wyglądu, na temat mojej wagi. Każda dieta zaczyna się od tego, że ktoś mi wytknął, że przytyłem. Teraz odchudzam się, bo mój chłopak w trakcie kłótni, powiedział coś o moim brzuchu. Jestem bardzo drażliwy na punkcie mojego brzucha.

Wiedziałem, że jak wyjdę ze szpitala to nie będę się już z Nią przyjaźnić, że ani z Jej strony ani z mojej kontaktu nie będzie. Nawet napisałem do Niej list. Napisałem że ma spierdalać. Miałem do niej żal. Dwa miesiące mnie trzymali w zamknięciu i sam nie wiedziałem co mam zrobić ze swoim życiem.

Do niczego się nie zmuszaliśmy. Nie ukrywam, że przez jakiś czas chciałem być chory, ale nie dlatego, żeby ludzie o mnie gadali, czy żebym poszedł do szpitala. Chciałem być chory, bo chciałem być chudy. Na początku panicznie bałem się wyzdrowieć, bałem się, że przytyję, że będę źle wyglądał. Po tylu latach stwierdzam, że nie potrafię normalnie jeść. Moje życie polega na tym, że albo jestem na diecie, albo się po prostu obżeram. Wtedy to jest głód psychiczny, nie fizyczny, obżeram się z nudów. Nie potrafię u siebie rozgraniczyć niczego pośrodku. Nie potrafię się normalnie odżywiać. Cały czas myślę o tym jedzeniu, więc to temat wciąż nierozwiązany.

Niedokończona terapia

Nie pójdę do lekarza, bo za dobrze siebie znam. Wiem, że znowu zacznę oszukiwać, kłamać. Jak wyszedłem ze szpitala, to chodziłem do świetnego psychologa. Chciał mi pomóc. Ale w pewnym momencie zacząłem kłamać, że jest mi lepiej, co się mijało z celem. Powiedziałem mu to. On na to, że albo zacznę być szczery i mówić prawdę, albo to nie ma sensu. Stwierdziłem wtedy, że nie jestem w stanie przeskoczyć tego momentu terapii i powiedziałem, że to już ostatnie nasze spotkanie. Nigdy nie odważyłem się wrócić.

Na początku zawsze się zdrowo odżywiam. Jem jogurt z suszonymi śliwkami, jakieś batoniki zbożowe – do momentu kiedy waga spada. Jak stanie – zaczynam głodówkę. Jak już chudnę, to chudnę nawet 40 kilogramów. Mój rekord – z 88 na 44. W mojej szafie są ubrania w każdym rozmiarze. Najgorsze jest, że nie osiągam żadnej satysfakcji. To mnie też uczy dużej samodyscypliny. Obecnie wszystko jest zaplanowane pod godziny posiłków. Nigdy nie podjadam, to jest dla mnie coś obrzydliwego. Jak się odchudzam to mam wstręt do jedzenia, zawsze wszystko robię w rękawiczkach.

Z tego co się ze mną dzieje zdałem sobie sprawę kiedy już Ją poznałem. Na początku miałem anoreksję typowo restrykcyjną. Jadłem małe posiłki, albo nie jadłem wcale. Później przeszedłem w typ bulimiczny. Myślę, że gdybyśmy się nie zaprzyjaźnili pozostałbym przy tym pierwszym. Nie wymiotowałbym, ale nadal bym się odchudzał.

Rzadko mi się zdarzają takie dni, że nic nie jem. Teraz już wiem, że muszę mieć siłę, żeby iść na uczelnię, żeby pracować. Wydaje mi się, że to jest choroba, która jest z tobą całe życie. Ona nie zrezygnuje z przyjaźni. Bo nawet jak się nie odchudzam i dużo jem, to przeżuwam to jedzenie bardzo dokładnie, staram się wypijać dwa litry wody dziennie. To zachowania, które się wykształciły podczas choroby. Są ze mną. Nie znam osoby, która była kiedyś chora i powiedziała, że już jest wszystko ok. Chciałbym to kiedyś usłyszeć.

Wszystko to doprowadziło do momentu, w którym jestem teraz. Ukształtowało mnie. Jestem zadowolony ze swoich wyborów. Było mi ciężko. Nie powiem, że chciałbym niektóre rzeczy przeżyć jeszcze raz, ale nie żałuję tego. Jakbym zaczął żałować, to tak jakbym zrezygnował z samego siebie, zrezygnował z Niej. Najgorzej jest zapomnieć o tym szpitalu i chyba nie jestem w stanie tego ominąć. Teraz myślę, że moja matka też zrobiła dużo błędów, bo nikt nie powinien słuchać się szesnastoletniego dziecka, które jest chore. Przede wszystkim nie powinienem wychodzić ze szpitala tak szybko. To wszystko jest efektem niedokończonej terapii. W szpitalu zostawiłem wszystko rozpoczęte i nie da się tego zamknąć.

Wydaje mi się, że mimo, że unikam z Nią kontaktu, to paradoksalnie jesteśmy do siebie bardzo podobni. To było takie intensywne. Bardzo często o niej myślę.

 
 
 

Komentarze


bottom of page