Wykop to najlepsza agencja prasowa
- 27 kwi 2015
- 6 minut(y) czytania
Wyobraź sobie: idziesz do pracy, siedzisz na fejsie, oglądasz filmiki na YouTube i jeszcze ci za to płacą. Brzmi nieprawdopodobnie? Dziennikarka Gazety Wyborczej, Justyna Suchecka opowiada o swoich początkach, przydatności Internetu w dziennikarskim fachu i o tym, jak radzi sobie z hejterami.

Katarzyna Osiadło: Kiedy w 2008 roku zaczynałaś pracę w poznańskiej redakcji Gazety Wyborczej mało kto miał w Polsce Facebooka, niewielu słyszało o Twitterze. Skąd wtedy brałaś swoje tematy?
Justyna Suchecka: Zaczynałam od pracy w dziale miejskim, więc kopalnią tematów była dla mnie lektura wszelkich biuletynów informacyjnych i uczęszczanie na obrady komisji Rady Miejskiej. Dziennikarze, po kilku latach pracy, często już nie mają czasu na takie rzeczy, a ja z jednej komisji potrafiłam przynieść kilka tematów, w tym trzy na pierwszą stronę. W ciągu dwóch lat nie opuściłam żadnego tego typu spotkania, chodziłam nawet w soboty i w dni, kiedy miałam wolne.
Czy teraz pracując w Warszawie masz równie dobry wynik?
Właśnie nie do końca, bo chyba jestem już tym dziennikarzem po kilku latach pracy, który nie ma na to czasu… Istnieje, co prawda, możliwość śledzenia obrad komisji sejmowych na żywo w Internecie – jest to podejście wygodne, ale nie najlepsze, bo przecież najciekawsze rzeczy dzieją się poza obiektywami kamer. Lepiej być na miejscu, żeby w przerwie na kawę czy papierosa jeszcze o coś posłów dopytać, przycisnąć. Tak się też nawiązują kontakty z przyszłymi informatorami. Warto wypracować takie relacje ze swoimi rozmówcami, by móc zadzwonić do nich co poniedziałek i zapytać: „Co słychać, panie Macieju? Robicie coś ciekawego, o czym warto byłoby napisać?”.
Na początku trudno jednak o grono własnych informatorów. Skąd wziąć temat, jeśli nie zna się takiego „pana Macieja”?
Kiedy zaczynałam, zapisałam się do wszelkich możliwych newsletterów miejskich, w których można znaleźć dużo ciekawych informacji, choć często są one ukryte. Oprócz biuletynów urzędowych przeglądałam także ogólnopolskie gazety i szukałam tematów, które można byłoby „pociągnąć” lokalnie, sprawdzić jak dana sytuacja wygląda w Poznaniu. I dużo chodziłam po mieście. Potrafiłam pół dnia siedzieć na ławce i obserwować co się dzieje, słuchałam o czym ludzie rozmawiają w sklepie.
A jak radziłaś sobie podczas dyżurów redakcyjnych? Wtedy nie można przejść wyjść na miasto w poszukiwaniu inspiracji, trzeba spędzić cały dzień przed telefonem i komputerem.
W swoim notesie miałam przygotowaną listę kilkunastu profilów na Facebooku, na które powinnam zaglądać w trakcie dyżuru: figurowały na niej profile poznańskich radnych, fanpage różnych spółek mających wpływ na życie w mieście, takich jak Zarząd Dróg Miejskich czy Autostrada A2. Śledziłam także wpisy osób, które na co dzień nie mieszkają i nie pracują w Poznaniu, ale są jakoś z tym miastem związane. Byli to tacy ludzie jak Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, Adam Szejnfeld, aktorka Katarzyna Bujakiewicz czy modelka Monika Jagaciak. Na dyżurach pomocne było też archiwum i czytanie Wyborczej sprzed dwudziestu lat. Tak powstawały teksty w rodzaju „20 lat temu w Poznaniu…”.
A potem pojawił się Wykop.
Wykop stał się moją najlepszą agencją prasową. Wtedy wpisywałam w wyszukiwarkę „Poznań” albo „Wielkopolska” i ustawiałam filtr na „dodane w ciągu 24 godzin”. Podobnie postępowałam z YouTubem i Googlem. Dziś pierwszą rzeczą, jaką robię po wejściu do redakcji, to włączenie Facebooka. W drugiej kolejności otwieram Wykop, choć odkąd pracuję w krajowej redakcji Wyborczej, zmieniłam trochę system pracy z tym portalem.
To znaczy?
Najpierw przeglądam tytuły na stronie głównej i jeśli mnie coś zainteresuje, klikam w link, żeby dowiedzieć się więcej. Potem wchodzę w zakładkę „hity” i ustawiam filtr na „dodane w ciągu 24 godzin”. Na koniec wchodzę w „wykopalisko” i ustawiam filtr na „wykopywane” – dzięki temu wiem, co interesuje internautów w danej chwili. Na tym etapie mam już kilka tematów do zrobienia. Na koniec wracam na „wykopalisko”, ustawiam filtr „pokazuj od najnowszych” i tak ustawioną stronę odświeżam co jakiś czas w ciągu dnia, żeby trzymać rękę na pulsie.
Jak zaczynałaś chodziłaś po mieście szukając tematu, teraz chodzisz w tym celu po Internecie. Czy to oznacza, że młodemu dziennikarzowi wystarczy konto na fejsie i tematy same będą się znajdywać?
Mniej więcej trzy czwarte moich tekstów ma swój początek w Internecie – zobaczyłam u kogoś na wallu jakiś wpis, obejrzałam filmik, ktoś skomentował mój tekst. Ale ja nie tylko czytam komentarze pod moimi tekstami, ja także na nie odpisuję i to pod swoim imieniem i nazwiskiem. Owszem, jest to bagno, bo z reguły czytasz o tym, jaki to jesteś głupi. Ale z drugiej strony nie ma lepszego miejsca na znajdowanie tematów. W komentarzach czytelników oprócz hejtu pełno jest też najróżniejszych skojarzeń, follow-up’y rodzą się zupełnie spontanicznie, często w sposób mało logiczny. Ostatnio napisałam na przykład tekst o próbnej maturze, a w komentarzach ktoś zastanawiał się, dlaczego młodzież nie chce czytać poezji. I to też jest świetny temat.
Tylko, żeby do niego dotrzeć, trzeba się najpierw przebić przez morze hejtu. Nie boli cię to, co o sobie czytasz?
Jak zaczynałam nie raz płakałam po przeczytaniu komentarzy pod moimi tekstami. Najczęściej zarzucano mi nierzetelność. Tylko, co to znaczy? Jeśli ktoś zrobi literówkę w komentarzu albo zacytuje kogoś, kogo czytelnik nie lubi to już jest nierzetelny? Zabolało mnie wyciąganie mi na forum gazetowym prywatnych rzeczy i ocenianie na tej podstawie mojej pracy. Kiedyś na przykład ktoś wrzucił linka do mojego bloga, którego prowadziłam w liceum, i stwierdził, że moje pisanie jest infantylne i banalne. Ale miałam wtedy 16 lat i taka właśnie byłam – infantylna i banalna. Teraz jestem 10 lat starsza, piszę już inaczej, uodporniłam się też na hejterów. A raczej – jak to mówią moi znajomi z pracy – rozbrajam ich swoją uprzejmością.
Czyli jak?
Po prostu im odpisuję – wyzwiska ignoruję, na konkretne zarzuty odpowiadam merytorycznymi argumentami, na koniec pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia. Parę razy zdarzyło mi się nawet dostać przeprosiny od takiego hejtera. Kiedyś nawet ktoś, najpierw anonimowo, zbluzgał mnie na gazetowym forum jako „johnny123”, a potem pod swoim nazwiskiem napisał do mnie na Facebooku. Powiedział, że go poniosło i przeprasza, ale że też pierwszy raz zdarzyło mu się, żeby dziennikarz odpowiedział mu na jego komentarz i wszedł z nim w polemikę.
Na Facebooku masz swoje prywatne konto oraz profil oficjalny, jako dziennikarka. Po co go założyłaś?
Dzięki temu nie jestem dla czytelników abstrakcyjnym nazwiskiem pod artykułem w gazecie, ale realną osobą, z którą można się skontaktować, zobaczyć jak wygląda. Po to też wrzucam na swój fanpage zdjęcia ze szkolnych lat - w gazecie zajmuję się edukacją. Na moim oficjalnym profilu pojawiają się też filmiki zapowiadające moje teksty. Na początku nie byłam przekonana do tej formy „promocji”, ale potem zrozumiałam, ze filmiki mają w Internecie dużo większy zasięg niż teksty i że dobrze jest pokazać czytelnikom, że istnieje się naprawdę, oni to bardzo doceniają.
Więc to czysty marketing?
Założyłam oficjalny profil nie dla komentarzy i lajków pod moimi tekstami, ale dla większej liczby przykładów do kolejnych tekstów. Potrzebne było mi miejsce do kontaktu z czytelnikami, zwłaszcza od kiedy pracuję w stolicy. Często mam poczucie, że piszemy nasze teksty z punktu widzenia statku kosmicznego, jakim jest Warszawa, a jak czytam głosy moich czytelników to nagle okazuje się, że ta Polska poza Warszawą wygląda zupełnie inaczej. Na temat opieki nad uczniami w szkołach podczas przerwy świątecznej otrzymałam od czytelników takie historie, jakich w życiu bym nie uzyskała dzwoniąc po dyrektorach szkół. Kontakt z czytelnikami na moim fanpage’u ułatwia mi uzyskanie właściwej perspektywy.
Wykorzystujesz w tekstach wpisy czytelników, które pojawiają się na twoim profilu?
Mój oficjalny profil jest przestrzenią publiczną i dla mnie zostawiane tam komentarze również są wygłaszane publicznie. Zakładam jednak, że nie każdy z komentujących myśli w ten sposób. Nie wszyscy chcą być publiczni i ja to rozumiem. Więc zawsze, kiedy cytuję taki komentarz, piszę do jego autora na prive z prośbą o możliwość jego wykorzystania, ewentualnie nie podaję nazwiska autora takiego komentarza.
Czy czerpiąc tematy z Internetu trzeba na coś szczególnie uważać?
Przede wszystkim trzeba uważać na źródła, których się nie zna. Jeśli korzystam z zagranicznych mediów, to tylko z takich, które budzą powszechne zaufanie jak np. BBC, The Guardian, The New York Times, The Independent. Jeśli zobaczysz jakiegoś newsa na stronie Daily Mail, to powinna ci się zapalić czerwona lampka, bo to jakby o czymś napisał Fakt. Trzeba uważać też na serwisy w rodzaju AszDziennik. To nie jest polski wynalazek, takie serwisy działają także w zagranicznych mediach i na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem wiarygodnie. Trzeba także pamiętać o tym, zwłaszcza w kontekście Facebooka i Twittera, że jeśli o czymś napisze ktoś „mądry i znany”, to nie zawsze jest to prawdą. I nawet jeśli skorzystamy z takiego „newsa”, to dobrze jest zawsze zadzwonić jeszcze do tej osoby i zapytać dlaczego coś takiego napisała, poprosić o dodatkowy komentarz, nie opierać swoich tekstów tylko na tym, co wyczytamy w Internecie. Przykład: rok temu Agnieszka Radwańska wystąpiła w rozbieranej sesji zdjęciowej na basenie. Już sama taka informacja jest newsem. I można zakończyć jej obróbkę na tym etapie albo poprosić o komentarz specjalistę ds. wizerunku i zapytać jak taka sesja może wpłynąć na cenę Radwańskiej w reklamach.
Co radziłabyś początkującym dziennikarzom?
Nie przejmować się tak wszystkim. Ja przez pierwsze pół roku martwiłam się, że nie mam tematów, nie wiem skąd je brać, a jak już je znajdywałam, to myślałam, że są głupie, co oczywiście było nieprawdą. Bo nie ma głupich tematów, można je tylko głupio zrobić. Po drugie: trzeba traktować ludzi w taki sposób, w jaki samemu chciałoby się być traktowanym. Jestem z tych dziennikarzy, którzy uważają, że lepiej być dobrym policjantem, niż złym, bo krzyczenie na ludzi naprawdę nie pomaga. Po trzecie: pogodzić się z tym, że całe życie będziesz się uczyć.


























Komentarze